Przejdź do głównej zawartości

Lewica nadal nie potrafi czytać nastrojów społecznych

Mogłoby się wydawać, że szczucie na osoby LGBT i dokręcenie aborcyjnej śruby uprawiane przez Prawo i Sprawiedliwość będzie wymarzonym żerowiskiem dla lewicy i przesądzi o zejściu oskarżanej przez nią o bezideowość Platformy na dalszy plan w opozycyjnej hierarchii. Choć nie sposób uznać za sukces notowań PO jakby zabetonowanych w przedziale 25-27%, to tryumf lewicy jest odległy jak prawdomówność Mateusza Morawieckiego i uczciwość tych wszystkich nominatów obecnej władzy, którzy każdego dnia okradają nas wszystkich i jeszcze domagają się, abyśmy podzielali ich entuzjazm.

Lewica miota się z poparciem w przedziale 6-15% a plany zajęcia na scenie politycznej miejsca Platformy Obywatelskiej znowu trzeba odłożyć na później, ponieważ Borys Budka – podobnie jak przed nim Grzegorz Schetyna – nie został liderem po to, aby tę formację zlikwidować. Lewica ciągle ma też problem z czytaniem nastrojów społecznych. Przedstawiciele lewej strony są w Sejmie już rok, a ciągle ulegają licznym i zbiorowym, ale chwilowym uniesieniom, które towarzyszyły im przez cztery lata na całkowitym marginesie polityki. Gdy mówimy o środowisku parlamentarnym, zachowanie to zdecydowanie nie przystoi – jest typowe raczej dla partyjnych młodzieżówek, gdzie działający w nich dopiero uczą się politycznego rzemiosła.

Po części są to oczywiście następstwa wyboru fatalnego kandydata na prezydenta, który z poziomu 6% poparcia dla swojej partii w wyborach do Parlamentu Europejskiego nie mógł odnotować dobrego wyniku w wyborach o najwyższy urząd w państwie. Co byłoby dobrym wynikiem? Wynik dwucyfrowy - na tyle lewica mogła liczyć, gdyby jej kandydatem na prezydenta nie był błazen. Nie mniej istotne, a chyba nawet istotniejsze jest to, że oszołomiona początkową liczebnością protestów przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego przez coś, co kiedyś było Trybunałem Konstytucyjnym, uległa medialnej bańce części warszawskich mediów, że to już, że to teraz, że przełom, że nowy porządek, że konserwatyzm jest nad Wisłą w defensywie i w trwałym odwrocie.

Zapomniała lewica, że Polska to ani nie tylko, ani nie przede wszystkim wielkie miasta – z natury dość lewicowe. To, że Warszawa, Wrocław, Poznań czy Łódź brzydzą się słowem „kompromis” w aborcyjnym kontekście i są zainteresowane wyłącznie poluzowaniem prawa, nie oznacza, że są w społecznej większości. Polska powiatowa to ostoja obyczajowego umiaru, jeśli nie bastion konserwatyzmu. Można to ignorować, lekceważyć i wyśmiewać, ale taka jest rzeczywistość, a jej zaklinanie to proszenie się o jednoznaczną niechęć w kampanii wyborczej oraz o bolesny wpierdol w samym głosowaniu. Na poziomie powiatów chcą, żeby zostało po staremu i to nie tylko pokolenie dziadków i rodziców, ale często też dzieci, a nie rzadko również i wnuków. Kościelny zamordyzm uważają za zły, ale na wolną amerykankę też się nie zgodzą. I to nie tylko w temacie aborcji. LGBT? Byli, są i będą, ale niech się z tym nie afiszują - to usłyszą lewicowi aktywiści, gdy zechcą opuścić strefy osobistego komfortu.

Zaledwie rok temu gwiazdą był Adrian Zandberg, który wygłosił dobre przemówienie po expose premiera Morawieckiego i wieszczono, że to nowy lider opozycji, jakby zapominając, że publika w naszym kraju zupełnie nie potrzebuje jednego lidera po stronie przeciwników władzy. Lewica ma zatem do wyboru – rozumieć rzeczywistość i starać się mieć na nią wpływ albo żyć w subiektywnym przekonaniu, którego następstwem jest odrealnienie, a z kolei ono prowadzi w pozaparlamentarne krzaki. Doszło już do tego, że spora część wyborców uważających siebie za lewicowych skłonna jest poprzeć ugrupowanie Szymona Hołowni, który jest konserwatystą nie mniejszym niż znienawidzony przez lewicę i ulicznych radykałów Kazimierz Michał Ujazdowski.

Komentarze